poniedziałek, 23 września 2013

Kalendarz ogłosił jesień...

W poniedziałek mam na później do pracy, ale budzę się jak co dzień i dzięki temu dzień będzie dłuższy...


Szarość za oknem i drobny deszcz, światu brak konturów. Wiatrem gnane chmury, kopuły zrudziałych kasztanowców, chłód wchodzący uchylonym oknem. Poranek zapętlony w aromat kawy i smak gorzkiej czekolady z pomarańczą...


Taką pogodę jak ta dziś chciałoby się wziąć w nawias albo przespać. Nie, nie wpadam w jesienną depresję, nie rozklejam się, nie rozsypuję na kawałki, to tylko tęsknota za odrobiną słońca. Rozpanoszyło się zimno...


A gdybyż tak promyki słońca zamigotały na coraz barwniejszych liściach, muśniętych odcieniami ochry, rdzy, mosiądzu, pomarańczu, rudości. Gdybyż tak cienkie wstążki babiego lata wiązały ulotną jesieni duszę...


Dni szybciej przywdziewają sukienkę mroku, światłem lampy wydobywając urodę rzeczy. Czas długich jesiennych wieczorów się zbliża. Jakie będą?

sobota, 24 sierpnia 2013

Nadal bezbarwnie...

Dziękuję Wam za ciepłe słowa...


Zły czas nadal trwa...


Muszę opiekować się ojcem, który doprowadził się do takiego stanu, że jest wrakiem człowieka...


Mój świat nie jest teraz ładny, jest smutny, a ja muszę odnaleźć w sobie siłę, która pozwoli mi to przetrwać. Na razie czuję wewnętrzny sprzeciw, mam żal do losu i jest mi bardzo źle...

piątek, 16 sierpnia 2013

Bezbarwnie...

Zły czas i trudne chwile przeżywam obecnie. Kolejny sierpień z problemami ojca w tle. I cała gama odczuć: bezradność, niemoc, żal, złość, współczucie...


Pomyślcie o mnie ciepło...

środa, 7 sierpnia 2013

Pocztówka...

O poranku, kiedy Mały jeszcze śpi, wychodzę na taras, by w smudze sierpniowego słońca wypić kawę, pobyć ze swoimi myślami. Patrzę na sroki, słucham szumu ogródkowego strumyka, chodzę boso po wilgotnej trawie...


I tyle spokoju, bo potem walka na drewniane miecze, gra w piłkę, bierki, chińczyka, tysiące pytań, rysowanie kredą przed domem, opowieści o tym jak tata Małego był mały, wyprawy na lody, jazda na hulajnodze i rowerze, malowanie kosmicznych światów, czytanie...


Kiedy rodzice wracają z pracy, Mały zdaje im relacje z godzin spędzonych bez nich. Jest wesoło, gwarnie, zabawnie...


Cieszy mnie, że sprawnie czyta po polsku, trochę gorzej jest z pisaniem, zna tylko drukowane litery, ale uczymy się...


Pod wieczór Mały z tatą wybierają się pojeździć rowerami, a my z bratową idziemy z kijkami. Przemierzamy kilka kilometrów, malowniczą trasą do morza. Wokół góry, pola z łanami zbóż, łąki z kwiatkami barwnymi i pasącymi się owcami...


A wczoraj dzikie gęsi lecące kluczami przypomniały mi o jesieni. Nie czekam jeszcze na nią...


Pozdrawiam najserdeczniej moich Czytelników...

wtorek, 30 lipca 2013

Ocalam...

Poranek pachnący praniem zdjętym z balkonu przed deszczem. Smak kawy, samość, cisza domu. Wczoraj wróciłam...


Tyle emocji, wrażeń, doznań...


Naszą bazą był Lewin Kłodzki- malutka, cicha miejscowość malowniczo położona w dolinie. Kiedyś to było piękne miasteczko. Stąd szlakami wędrowaliśmy do uzdrowiskowych miejscowości, położonych po sąsiedzku. A tam spacerowaliśmy po parkach zdrojowych, odwiedzaliśmy pijalnie wód, docieraliśmy do najciekawszych obiektów, by potem znowu wędrować szlakiem. Szemrały potoki, świerszcze grały jak oszalałe, sosny pachniały żywicą, łąki zachwycały kolorami kwiatów. A potem były malownicze labirynty Błędnych Skał, tarasy widokowe z fantastycznymi krajobrazami, Szczeliniec Wielki z przepastnymi szczelinami, niezwykłymi formacjami skalnymi o dziwnych, niepowtarzalnych kształtach, przejściami pachnącymi wilgocią i ziemią. Niewiele osób, cisza, można delektować się widokami, zachwycać głębokimi wąwozami, w schronisku "Szwajcarka" wypić kawę...


I miasto jak ze snu...Praga. W ostrym słońcu była jeszcze bardziej złota. Hipnotyzujące widoki, nastroje uliczek, metafizyka. Nawet morze turystów nie przeszkodziło nam w zachwytach...


I magiczny Wrocław. Upał niesamowity, powietrze przylegało i parzyło jak meduza, a my wędrowaliśmy uliczkami, by jak najwięcej zobaczyć, poczuć, doznać...


Zapisałam jak w telegraficznym skrócie "ku pamięci" na kiedyś, na potem, by słowa były jak słowa- klucze, by przypominały te dni niezwykłe...


Wracałam w noc niedzielną z młodzieżą, która jechała na Przystanek Woodstock. To była koszmarna młodzież i koszmarna noc...


A na peronie, o świcie powitał mnie deszcz...Przyniósł ulgę :)

niedziela, 23 czerwca 2013

Mrucząco :)

Wczoraj chwila wytchnienia od gorąca przyszła po 20. Dopiero wtedy otworzyłam drzwi na balkon. Nie lubię upałów, tej lepkości, duchoty. Wolę umiarkowane temperatury. I zaczynam tęsknić za zapachem deszczu, tego letniego, ciepłego. Bezsenność natchniona gorącem odebrała przykrótkim snom zapach, kolor i lekkość...


To był bardzo trudny tydzień. Wystawiłam oceny, napisałam uzasadnienia, wypełniłam część dokumentów ( przede mną jeszcze arkusze i świadectwa do wypisania), uczestniczyłam w radach, cieszyłam się wynikami egzaminu. Świetnie udał się czwartkowy koncert, wykonawcy otrzymali owacje na stojąco :) W pełni zasłużone...


Coraz bliżej wakacje. Cieszę się na nie...


Szemrząca muzyka. Dźwięki przynoszą dobre myśli i spokój. Czas płynie powoli, lekko. Szeptami filiżanek naznaczam chwile...


W niedzielną sukienkę wplotły się kolorami poranne telefoniczne rozmowy z M.


Na polach czerwień maków aż po horyzont, krajki chabrów i rumianków, grzywy zbóż lekko pożółkły. Pachną ogrody aromatami trudnymi do zdefiniowania, ale jakże błogimi. Mam w wazonie ogrodowe goździki amarantowe i szkarłatne. uchylonym oknem złote słońce wchodzi i ciepłem muska moje bose stopy...


Prawie wakacyjna jestem. Nawet moje włosy są w większym nieładzie. Z lubością wpinam w uszy długie, zielone kolczyki. Znowu pachnę jasnozieloną kroplą perfum Green Tea. Mrużę oczy, patrzę na drzewa, oddycham błękitami nieba...

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Amulety...

Nieskończona ilość drobiazgów. Zwyczajnych. Kwiaty w wazonie, książka, uśmiech, wiersz Cwietajewej, pachnąca kąpiel, dobra herbata, ładnie polakierowane paznokcie, dom jak cały świat, tęcza za oknem, letni wieczór, w trawach lekki wiatr skrzypi...


Objawienia czerwca: liliowe zmierzchy, a potem confetti gwiazd złotych, zalane słońcem poranki, ptasie melodie zamiast budzika, zapach jaśminu słodko- gorzki, piwonie, łubiny, margerytki, irysy moje ukochane, akacje, zieloność drzew, marcepanowa biel kwiatów czarnego bzu, kwiaty dzikich róż i pierwsze truskawki słodkie, smakujące słońcem...


Zwykła miłość jest troską o zmieniony głos i zakatarzony nos...


Ciepła zaduma wieczoru, spokój w opuszkach palców, cisza, miękkie światło poszerzające przestrzeń otwartymi balkonu drzwiami...


Wracam do "Cacka", do ładnego świata...