piątek, 11 września 2026

A ja gdzieś pomiędzy...

W powietrzu pachnie jesień. Poranki spowite w welony z mgieł dotykają chłodem. A jeszcze przemykam ścieżką do pracy w sandałkach, letnich lnianych porteczkach,  w sukience z krótkim rękawem i uparcie wmawiam sobie, że jeszcze lato. A tu już nie lato, ale i nie jesień...

Wpadłam już w szkolny rytm, w gwar, we wszystkie "muszę", "powinnam" i "na wczoraj". Wydaje mi się, że wakacje były tak dawno. Przypominam je sobie, przeglądając fotoksiążkę z naszej wyprawy. Uśmiecham się na zdjęciach i do zdjęć...

Wrzesień coraz bardziej przyobleka się z barokowe złoto, rozpachnia aromatem trudnym do zdefiniowania, w bursztynowej poświacie, cichnący, smutniejszy o ptasie pożegnania...

Rozzłacam dom ciepłymi kolorami, płomykami świec. Znowu piję herbat z nutą cynamonu i śliwki, wyjęłam i odświeżyłam swoje kocyki, kupiłam wrzosy i przynoszę do domu pomarańczowe kulki ognika, a na parapecie ozdobne dynie zapoczątkowały tworzenie jesiennego kramu...

Trochę czytam wieczorami, ale jakoś szybko morzy mnie sen. A potem budzę się w nocy i liczę barany. I tak, za mało czytam, za mało śpię. Zupełnie nie wiem, co oglądać na Netflixie, co polecacie?

Wrześniowe chwile wciąż piękne, najpiękniejsze do fotografowania. Te wszystkie liście malarsko dotknięte patyną barw, kulki dzikich róż i ogników, dynie, miedzioryty kasztanowców w alejach, ten inny odcień światła, żółcie, czerwienie, rudości, fioletowe zmierzchy. Mieszanka wszystkiego. I jeszcze kasztany leżące na chodnikach i żołędzie. 

I jestem jeszcze gdzieś między latem i złotem jesieni...

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Sierpniowe koraliki...

Z sierpniem się żegnam i z wakacjami. Choć starałam się z całych sił. by ten miesiąc mijał wolniej, minął jeszcze szybciej niż lipiec. Gdzieś pomiędzy niespiesznością a galopującym czasem cieszyłam się sierpniowymi dniami...

I byłam w tym sierpniu. I nie pozwalałam sobie, by dni mijały niezauważalnie. Kolekcjonowałam doznania, wrażenia, smaki, kolory, chwile i chwilki, piękne spotkania i rozmowy, bliskość z moim M., długie poranki, wieczory pod welonem gwiazd, serpentyny ścieżek, labirynty wielkiego miasta, książki czytane długo w noc bez pośpiechu...

Zachwycałam się dniami w bursztynowym świetle, smakiem śliwek z ogrodu cioci, zachodami słońca widzianymi z mojego balkonu, delikatnym wiatrem w upalne dni, daliami na przyblokowej rabacie, oderwaniem od szkolnej rzeczywistości...

I zatapiając się w letnich dniach, prawie nie zauważałam zmieniających się dat. Może dobry czas nie potrzebuje konkretnych dat?

Tymczasem jutro 1 września...

piątek, 14 sierpnia 2026

W odcieniach melancholii...

W tym roku jakoś bardziej odczuwam melancholię sierpniową. Czuję, że za chwilę lato odejdzie. I choć staram się, by wydłużyć sierpniowe dni, mijam wraz z nimi za szybko. Jestem jeszcze w wakacyjnym czasie, jeszcze oddycham spokojem, czuję się wolna, ale gdzieś tam z tyłu głowy czai się myśl o szkolnych powrotach...

Sierpniowe słońce w bursztynowym odcieniu złotą poświatą kładzie się w pejzażu, w ogrodach pełnia zbiorów, na rabatach pysznią się moje ulubione dalie, hortensje i pierwsze astry. Tak, jeszcze jest lato, jeszcze są wakacje, ale na trawnikach zauważam pierwsze opadłe zżółknięte liście, pola opustoszały, a bociany szykują się do pożegnań. I choć lubię jesień, jeszcze na nią nie czekam, jeszcze nie jestem gotowa...

W owadzim sklepie, korzystając z promocji, zakupiłam kolorowe karteczki, zakreślacze, kleje i karteczki- znaczniki. Moja wyprawka na ten rok, jeszcze tylko kalendarz i jestem gotowa na nowy rok szkolny, choć entuzjazmu nieco mi brakuje...

Jeszcze spotkam się pięknie z moją Kumą, jeszcze spędzę czas z M. Jeszcze czytam sobie długo bez wyrzutów sumienia, zauważam, zatrzymuję się, nie poganiam ni minut, ni siebie. Dobrze śpię, uśmiecham się do lustra o poranku, bez myśli, co tam na pierwszą lekcję przygotowałam. Rozdzwaniam chwile bransoletkami, maluję usta koralową pomadką, chodzę w krótkich porteczkach i pozwalam włosom być w ulubionym nieładzie. Wieczorami siedzę na balkonie w kolczykach z gwiazd. Przynoszę do domu bukiety polnych kwiatów. Jem lody, piję niespiesznie swoje kawy i jest we mnie tyle dobrego spokoju...

Sierpniu, mijaj wolniej!

czwartek, 6 sierpnia 2026

...żeby lipca nie zapomnieć


Przeminął lipiec, pogodowo niezbyt łaskawy był, ale bogaty w doznania, spotkania, chwile dobre i piękne. Wiele razy chciałam tu zajrzeć, zapisać, by ocalić, ale zawsze coś stawało mi na drodze. A to myśl o spontanicznym spacerze między ścieżkami pól, by zebrać kwiaty do wazonu, a to przepadłam w czytanej książce, wybrałam się do wioskowego ogrodu, a to świat wyciszałam i uczyłam się wakacji, jakby były po raz pierwszy.

Początkiem lipca odbyliśmy z M. naszą wakacyjną podróż. Przez dwa dni zwiedzaliśmy Kopenhagę w kropkach deszczu, pod niebem utkanym z odcieni szarości, ale wcale nam to nie przeszkadzało. Wydawało mi się, że Nyhavn, oglądane przez nas pierwszy raz, mieni się wtedy najpiękniej, że kolorowe kamienice, odbijające się w wodach kanału, zachwycały nas tak, że mieliśmy wrażenie, że rozpalają przestrzeń światłem barw, a deszcz nie odbierał temu miejscu uroku, a dodawał mu ciszy. Kolejne dni były już słoneczne. 

Dom Andresena i myśl, że baśnie tak naprawdę nigdy się nie kończą. Zostają w miejscach, które pamiętają swoich twórców i w sercach tych, którzy wciąż wracają do tych opowieści. Ogrody Tivoli- bajkowe, bardziej przespacerowaliśmy niż skorzystaliśmy z rozrywki, jaką oferują. Nasze serca skradły pałace: renesansowy Rosenborg z pięknym ogrodem i niezwykłym skarbcem, Amalienborg  i zmiana warty gwardii królewskiej i Christiansborg. 

Nie mogło zabraknąć literackiej wyprawy do zamku Kronborg. To właśnie ta budowla w renesansowym stylu stała się pierwowzorem Elsynoru, siedziby duńskiego księcia Hamleta z dramatu Szekspira. Zamek góruje nad miastem, przyciąga majestatem. Długo wędrowaliśmy po komnatach, a na dziedzińcu oglądaliśmy sceny z dramatu odgrywane przez aktorów. 

Spacerkiem doszliśmy, by spotkać się z Małą Syrenką i nawet udało nam się zrobić zdjęcia, co nie było łatwe przy tłumie ludzi.

Podglądałam stylowo ubrane kobiety, zachwycałam się pędzącymi rowerzystami, podziwiałam skandynawski dizajn.

Odkrywaliśmy "hygge" w przytulnych restauracjach i kawiarniach, smakując regionalne dania. Cieszyliśmy się pięknymi chwilami w muzeach i kościołach, spacerami po Christianii, deptaku Stroget, po uliczkach z urokliwymi, niskimi kamienicami z muru pruskiego oraz kolorowymi domami mieszczan o historycznych, unikalnych fasadach wspaniale oddającymi dawną aurę duńskiej stolicy.

Kolejny raz przypomnieliśmy sobie, że prawdziwy urok Lubeki kryje się w jej wąskich zaułkach i ukrytych ogródkach wewnątrz podwórek, że za niepozornymi bramami czekają ciche dziedzińce pełne kwiatów, zieleni i historii. Dawniej mieszkały tu rodziny rzemieślników i kupców, dziś zachwycają spokojem, ciszą i oryginalnością. I że najlepszą rybę serwują w Fischkonzept.

Wismar to miasteczko, gdzie wiatr szepcze historie Bałtyku, a ceglane mury pamiętają więcej, niż potrafią powiedzieć słowa. I tam znowu podziwialiśmy urokliwe kamieniczki, spichlerze, serpentyny uliczek. A każda uliczka prowadziła do chwili wartej zatrzymania.

I jak zwykle najmilszym etapem podróży był powrót do domu i piękne spotkania z bratem i jego bliskimi. 

środa, 1 lipca 2026

Zapachniało wakacjami...

Pierwsza wakacyjna wyprawa już za mną- wycieczka z ludźmi z pracy do Drezna i Pragi. I choć byłam tam z M., i choć z nim wyjazdy lubię najbardziej, to ten miał także sens. Mieliśmy w ten sposób zakończyć szkolny rok, zresetować się i zintegrować. I było wesoło, intensywnie i choć roztapialiśmy się z gorąca, bo temperatury dochodziły do 40 stopni, to był bardzo udany czas...

A zegar jest tu po to, aby przypomnieć mi, że zaczynam wakacje. Jeszcze tylko dziś pójdę do pracy i wakacje czas start. Zamierzam cieszyć się wolnością, długimi spacerami, powolnymi porankami, czytaniem dla przyjemności, zachwytami, wieczorami na balkonie...

A co u Was? 

wtorek, 23 czerwca 2026

Radość z czerwcowych dni...


Coraz bliżej wakacje, trudno mi w to uwierzyć- znowu rok szkolny minął za szybko. Jednak czekam na nie, bo trudny, pracowity rok za mną...

Lato przyszło. W pogniecionych makowych spódnicach przyszło, w krajkach chabrów i rumianków, w wianku ze słońca. Do mnie lato przychodzi w przykrótkich wieczorach i przydługich porankach, w których jestem dla siebie i wykorzystuję każdą chwilę, zanim upomni się o mnie świat i wszystkie "muszę", "trzeba", "powinnam". I w złotej godzinie, w ptasich ćwierkotach o świcie, w odurzającym słodko- gorzkim zapachu jaśminu, słodkim aromacie lip i lipowym hymnie pszczelich skrzydeł i z nocą w cekinach gwiazd złotych...

Lato, bądź dobre! 

Wciąż czerwcem się cieszę, wplatam niebieskość nieba w zielone tęczówki swoich oczu, przynoszę bukiety z polnych ścieżek, wpatruję się w zieleń, oddycham zapachem lawendy, róż i truskawek, stroję się w czereśniowe kolczyki. W czerwcu uszczęśliwia mnie tak wiele! Mam piękną apaszkę w wisienki, przywołuje letni nastrój, mam perfumy o pięknej nazwie, idealnie wpisujące się w wakacyjne dni, choć ich zapach sprawdza się o każdej porze roku, mam książki na wakacyjne ocalanie nocy...

Tak, jestem gotowa do wakacji!


czwartek, 18 czerwca 2026

Czerwcowe koraliki...

W czerwcowej piosence nuty ptasich ćwierkotów o wczesnych godzinach porannych,  świetliste popołudnia, zapach jaśminów, róż i lawendy, smak truskawek, przydługie wieczory, rozkołysane wiatrem ķłosy zbóż z wpiętymi weń makami i chabrami...

Czerwiec przynosi ze sobą tyle zachwytów i oczarowań. I choć w pracy to trudny i pracowity czas, staram się zauważyć jak najwięcej i mieć jak najwięcej zwykłego czasu...

Ósmoklasiści napisali już do mnie swoje pożegnalne listy, bo taki mam zwyczaj, że proszę ich o podzielenie się refleksjami po pięciu latach wspólnej pracy, o wymienienie tego, co zabiorą ze sobą z moich lekcji i spotkań ze mną. Pięknie mi napisali. Czytałam ich słowa powoli, jedno po drugim i jest w nich wszystko to, co ważne dla mnie i czym chciałam się z nimi podzielić. Czasem najważniejsze lekcje to te, które wychodzą poza podręcznik, a są zwyczajnie z potrzeby chwili i z serca...

Mam teraz nieco więcej chwil dla siebie, bo nie muszę już sprawdzać prac. Przeczytana ostatnio książka Agnieszki Zakrzewskiej " Niebo w kolorze kaliny" pozwoliła mi delektować się niespiesznością akcji, pięknem języka i nadzieją, jaką niesie ze sobą ta opowieść...

A w kącikach oczu mych mruga tęsknota za wakacjami...