Przeminął lipiec, pogodowo niezbyt łaskawy był, ale bogaty w doznania, spotkania, chwile dobre i piękne. Wiele razy chciałam tu zajrzeć, zapisać, by ocalić, ale zawsze coś stawało mi na drodze. A to myśl o spontanicznym spacerze między ścieżkami pól, by zebrać kwiaty do wazonu, a to przepadłam w czytanej książce, wybrałam się do wioskowego ogrodu, a to świat wyciszałam i uczyłam się wakacji, jakby były po raz pierwszy.
Początkiem lipca odbyliśmy z M. naszą wakacyjną podróż. Przez dwa dni zwiedzaliśmy Kopenhagę w kropkach deszczu, pod niebem utkanym z odcieni szarości, ale wcale nam to nie przeszkadzało. Wydawało mi się, że Nyhavn, oglądane przez nas pierwszy raz, mieni się wtedy najpiękniej, że kolorowe kamienice, odbijające się w wodach kanału, zachwycały nas tak, że mieliśmy wrażenie, że rozpalają przestrzeń światłem barw, a deszcz nie odbierał temu miejscu uroku, a dodawał mu ciszy. Kolejne dni były już słoneczne.
Dom Andresena i myśl, że baśnie tak naprawdę nigdy się nie kończą. Zostają w miejscach, które pamiętają swoich twórców i w sercach tych, którzy wciąż wracają do tych opowieści. Ogrody Tivoli- bajkowe, bardziej przespacerowaliśmy niż skorzystaliśmy z rozrywki, jaką oferują. Nasze serca skradły pałace: renesansowy Rosenborg z pięknym ogrodem i niezwykłym skarbcem, Amalienborg i zmiana warty gwardii królewskiej i Christiansborg.
Nie mogło zabraknąć literackiej wyprawy do zamku Kronborg. To właśnie ta budowla w renesansowym stylu stała się pierwowzorem Elsynoru, siedziby duńskiego księcia Hamleta z dramatu Szekspira. Zamek góruje nad miastem, przyciąga majestatem. Długo wędrowaliśmy po komnatach, a na dziedzińcu oglądaliśmy sceny z dramatu odgrywane przez aktorów.
Spacerkiem doszliśmy, by spotkać się z Małą Syrenką i nawet udało nam się zrobić zdjęcia, co nie było łatwe przy tłumie ludzi.
Podglądałam stylowo ubrane kobiety, zachwycałam się pędzącymi rowerzystami, podziwiałam skandynawski dizajn.
Odkrywaliśmy "hygge" w przytulnych restauracjach i kawiarniach, smakując regionalne dania. Cieszyliśmy się pięknymi chwilami w muzeach i kościołach, spacerami po Christianii, deptaku Stroget, po uliczkach z urokliwymi, niskimi kamienicami z muru pruskiego oraz kolorowymi domami mieszczan o historycznych, unikalnych fasadach wspaniale oddającymi dawną aurę duńskiej stolicy.
Kolejny raz przypomnieliśmy sobie, że prawdziwy urok Lubeki kryje się w jej wąskich zaułkach i ukrytych ogródkach wewnątrz podwórek, że za niepozornymi bramami czekają ciche dziedzińce pełne kwiatów, zieleni i historii. Dawniej mieszkały tu rodziny rzemieślników i kupców, dziś zachwycają spokojem, ciszą i oryginalnością. I że najlepszą rybę serwują w Fischkonzept.
Wismar to miasteczko, gdzie wiatr szepcze historie Bałtyku, a ceglane mury pamiętają więcej, niż potrafią powiedzieć słowa. I tam znowu podziwialiśmy urokliwe kamieniczki, spichlerze, serpentyny uliczek. A każda uliczka prowadziła do chwili wartej zatrzymania.
I jak zwykle najmilszym etapem podróży był powrót do domu i piękne spotkania z bratem i jego bliskimi.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz