Tyle złego słyszy się ostatnio o służbie zdrowia. O pielęgniarkach i lekarzach, którzy opiekowali się moim tatą, mogę powiedzieć i napisać tylko dobrze. Spotkałam się z życzliwością, zrozumieniem, z takim ludzkim podejściem do problemu taty...
Zabiegana w ostatnich dniach byłam. Między szpitalem, pracą, kolejną radą, domem. Czuję się zmęczona, ale już nie tak przybita. Choć widok taty, takiego pogubionego, słabego, wyniszczonego boli mnie...
Popołudniowe sobotnie godziny spędzam w domu. Codziennie, wędrując do szpitala, mijam kasztanowce. Dopiero dziś zauważyłam, że ich kolczaste kulki lada dzień obdarzą nas kasztanami aksamitnie brązowymi. Goreją jarzębiny cynobrem, trawa nasyca się kolorem starego złota, a porankami lekkie mgiełki otulają świat...
I to jest taka chwila, w której jestem tu i teraz. Nie w przeszłości, nie w przyszłości. Te niech poczekają do jutra...
Oddycham ciszą mojego domu, wielobarwnością cynii w wazonie, aromatem herbaty wiśniowo-migdałowej. Zapalam pyzatą lampę dla nastroju. Kartkuję wrześniowe "Zwierciadło", leżąc na swej zielonej kanapie i co jakiś czas zatracam się w kolorach zaokiennego nieba. Serce mi cichnie, kiedy słyszę tęsknotę ptasich kluczy...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz