Gdzieś przepadło wrześniowe lato. Nagle zrobiło się zimno. Za oknem przecięte sinością niebo, czarne cienie na obłokach, jak z pękniętego naczynia deszcz się wylewa...
Oswajam znajomy rytm: dom, praca, dom. Przywykam do hałasu. Organizuję, z inicjatywy uczniów, wyjazd do kina na "Miasto44"...
Wiatru słucham i melancholijnych dźwięków znad mórz południowych. Piję żurawinową herbatę i tęsknię za bukietem wrzosu...
Kolejna jesień pod oknem. Nieśmiało rdzewieją liście, złocieją, tlą się czerwienią jeszcze nie nazbyt wyrazistą. I zapach jesieni, tak trudny do zdefiniowania, nasyca powietrze, w którym liryczne powtórzenia ptasich odlotów...
Taki rozmazany ten popołudniowy pejzaż, taki matowy. Oddycham wonią cynamonowej świecy i gładzę zamszową skórkę pierwszych przyniesionych do domu kasztanów :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz